O mnie

Kilka słów o autorze tej strony

Para mi solo recorrer los caminos que tienen corazon,
cualquier camino que tenga corazon. Por ahi yo recorro,
y la unica prueba que vale es atravesar todo su largo.
Y por ahi yo recorro mirando, mirando, sin aliento.
– Don Juan, Carlos Castaneda –


Astrologicznie…

W dniu, kiedy się urodziłem, “rozpędzone” Słońce z wizgiem minęło zwrotnik Raka, a galopujący centaur, z łukiem na plecach, pojawił się na wschodniej stronie globu.
Obserwujący to niezwykłe widowisko mogli również dojrzeć Księżyc przeglądający się w oczku wodnym, w którym pluskały się wesołe Ryby. Mojemu przyjściu na świat towarzyszyło jeszcze szereg innych niezwykłych wydarzeń w świecie makrokosmosu, ale nie chcę ich opisem zanudzać czytelnika.

Astrologia pasjonowała mnie od kiedy pamiętam. Nadal podoba mi się jej koncepcja utrwalania chwili, posiłkując się zapisem pozycji ciał niebieskich oraz ich przestrzennej konfiguracji. Tkwi w tym jakaś monumentalna i jednocześnie przerażająco precyzyjna potęga.

Chciałem choć trochę zrozumieć naukę zarezerwowaną niegdyś dla królów oraz hermetycznej grupy nadwornych astrologów. Nauczyłem się odczytywać robaczki efemeryd oraz pracowicie wykreślać horoskopy urodzeniowe.

Zapoznałem się (przyznam, że dość wybiórczo) z pracami Michela Gauquelina, który starał się zaprząc astrologię w kierat nauki. Stwierdził bowiem, że dojrzała ona do tego, aby zacząć weryfikować ją za pomocą statystyk. Wyniki jego prac były niesłychanie obiecujące, ale niestety nie znalazły oddźwięku w świecie nauki, a sam Gauquelin traktowany był z przymrużeniem oka. Co ciekawsze, z tego co wiem, jego odkrycia nigdy nie zostały zweryfikowane.

Liczyłem na to, że nauka królów pomoże mi w zrozumieniu samego siebie, że wnikliwa analiza tranzytów pozwoli mi na odkrycie tajemnicy wszelkich moich niepowodzeń. Wierzyłem, że dzięki tej wiedzy będę potrafił lepiej zaplanować swoją przyszłość i uniknąć przykrych potknięć.

Z przykrością stwierdziłem, że rzeczywistość wykazała znacznie większą przebiegłość i ciągle wymykała się moim nieporadnym próbom jej ujarzmienia.

Po wielu latach przestałem się zajmować swoim dalszym astrologicznym rozwojem.

Pozwolę sobie w tym miejscu po raz ostatni sporządzić wykres swojego horoskopu w chwili przyjścia na świat. Jeśli ktoś chciałby poddać mnie wnikliwej analizie, jakiej niejednokrotnie sam poddawałem swoich przyjaciół, proszę bardzo. Oto mój radix.

Radix

Z powiewem New Age…

Mniej więcej w okresie mojego intensywnego zgłębiania zawiłości astrologicznych świat owładnęła, od dawna zapowiadana, era Wodnika. Przyniosła ze sobą wzrost zainteresowania drugim człowiekiem, a przede wszystkim nowatorskie podejście do metod jego poznania. Wszelkiej maści uczelnie o kierunkach psychologicznych, oraz parapsychologicznych zaczęły pękać w szwach.

Wróżka, bardzo podobna do towarzyszki Piotrusia Pana, sypnęła i we mnie magicznym proszkiem. Zainteresowałem się kabałą, a konsekwencją tego zainteresowania był Tarot. Pamiętam jak zaczytywałem się “Tarotem Magów” oraz “Biblią Szatana” autorstwa największego polskiego tarocisty – Witolda Suligi.

Później przyszło zainteresowanie teorią Wilhelma Flies’a – biorytmy. Nadal gdzieś na moim dysku twardym wyleguje się program do sporządzania analiz biorytmicznych, który napisałem wspólnie z dr Jerzym Sikorą.
Pomimo faktu, iż bardzo często zdarzało mi się planować co istotniejsze zamierzenia z wykresem swojego biorytmu w dłoni, również i ta droga samopoznania okazała się dla mnie ślepą uliczką.

Skończyłem kurs “Kontroli Umysłu metodą Silvy” prowadzony przez Andrzeja Wójcikiewicza. Z przykrością stwierdzam, że oprócz kilku mnemotechnik, których nauczyłem się podczas tego kursu, a które stosuję z powodzeniem do dnia dzisiejszego, nie udało mi się odnaleźć klucza do samego siebie.

Niemniej, magiczne postrzeganie świata i wiara w możliwość takiegoż jego poznania zawładnęły mną bez reszty. Wziąłem udział w dwóch “Zlotach Nie z tej Ziemi” zorganizowanych w Krakowie przez redakcję periodyku noszącego taki właśnie tytuł.
Na własne oczy zobaczyłem ludzi owładniętych Demonem Magii. W chwili obecnej nazywam go pieszczotliwie Demonem Absurdu.

To ostatnie przeżycie pozwoliło głęboko i wnikliwie zweryfikować moją filozofię życiową. W końcu krytycznie spojrzałem na swoje uganianie się za iluzją, na poszukiwania nieznanego, które choć bardzo tego pragnąłem, nie dotknęło mojej duszy ani twarzy.
Bez żalu porzuciłem wszelkie te zabiegi, które jedynie ograbiały mnie z energii i uniemożliwiały nabranie kontaktu z rzeczywistością.

Pomimo, iż na półkach mojej biblioteczki ciągle znajdują się pozycje, które swego czasu wywoływały moje rumieńce i sprawiały, że krew szybciej krążyła mi w arteriach, nie wracam już do nich.

Filozoficznie…

Od kiedy sięgam pamięcią, unosił się nade mną duch egzystencjalizmu. Gdybym miał przedstawić tych, którzy pomogli mi ukierunkować strumień myśli, z pewnością wymieniłbym dwie postaci: Sørena Kierkegaarda oraz Jean Paul Sartre’a.

Jestem również zdeklarowanym ateistą i antyklerykałem. Otwarcie sprzeciwiam się filozofii religijnej oraz jakiejkolwiek innej teozofii.

Postawa agnostyka nie odpowiada mi. Jest w jakiś sposób przyzwalająca, ateista gotów jest podjąć rękawicę i zacząć spór zarówno o boga, jak i o to, co jest moralne, a co nie jest moralne. Agnostycyzm jest ucieczką od odpowiedzi, którą już znamy, ale której nie chcemy powiedzieć głośno.
Powtarzając za Richardem Dawkinsem – hipoteza boga jest całkowicie zbędna zarówno jeśli idzie o poznanie świata, jak i wówczas gdy szukamy moralnej busoli.

Uważam, że aby osiągnąć zadowalający poziom szczęśliwości nie są potrzebne inne byty ani rzeczywiste, ani tym bardziej urojone.

Uzmysłowiłem sobie tę prostą koncepcję na długo wcześniej zanim wpadła mi w ręce książka Anthony de Mello nosząca tytuł “Przebudzenie”. Tony pomógł mi jedynie dopracować w szczegółach to, co czułem od dawna.

Ostatnimi czasy coraz bardziej skłaniam się ku sceptyczno-racjonalnemu oglądowi rzeczywistości.

Wszelkie zorganizowane religie jawią mi się jako niewyczerpane źródło przemocy, wlekące za sobą smród płonących stosów i jęki krzywdzonych nieszczęśników.

Jako racjonalista odcinam się całkowicie od tego, najbardziej obłudnego i ogłupiającego nonsensu, jaki można sobie wyobrazić.

Lirycznie…

Gdyby moja miła zechciała raz, wzorem Alicji
Z krainy czarów, nie wstrzymywać się na progu oczu,
Lecz skoczyć w głąb mojej czaszki na spadochronie spódnicy,

Nie znalazłaby w środku krzeseł ani stołów,
Mahoniowych kredensów na nóżkach w kształcie lwich łap
Ani żarzących się bierwion pod stateczną siwizną popiołu;

Nie byłoby tam też szafek na likiery, sof ani pufów,
Regałów nabitych drobnym drukiem niedzielnych lektur,
Kamerdynera – opoja czy pokojówek – leniuchów:

Znalazłaby się w pętlach światła, w pełzających płynnie odcieniach
Małpiobrunatnych, rybioszarych – w zakażonych, niezdrowych kręgach
Czyhających dookoła, bliskich skrzepnięcia, stężenia,

W iluzjach, to malejących do rozmiarów rękawiczki, to znowu
Zagarniających wszystko i jak mdłości rwących się na zewnątrz.
Spostrzegłaby też podłogę, nieczystą jak skóra grobu,

Wydzielającą lepki odór poczucia zdrady;
Byłby tam wreszcie grecki posąg kopnięty w słabiznę,
Pieniądze, balia pełna czystszych uczuć. Nie byłoby rady,

Musiałaby zatkać uszy, by uchronić je przed ciągłą recytacją
Realności, naszpikowaną mnóstwem technicznych terminów
(Każdy z podwójnym żółtkiem – sensem i jego negacją);

Bo tnie wszystkie węzły piskliwy biuletyn rzeczywistości –
I wieść o tym, że przeszłość jest przeszła, a przyszłość nijaka,
Wytrąciłaby moją miłą z jej bezcennej centralnej osi.

Jorge Luis Borges

Etymologicznie…

Wielokrotnie spotkałem się z pytaniem, co oznacza słowo “Abadonna” oraz dlaczego posługuję się tym imieniem.

Spieszę zatem wyjaśnić, iż Abadonna to hebrajskie imię greckiego Apolliona, anioła bezdennej otchłani – “niszczyciela”. Jest to jednocześnie postać z książki Michaiła Bułhakowa pod tytułem “Mistrz i Małgorzata”.

Sam Bułhakow wspomina o tej postaci z Apokalipsy w “White Guard” słowami: “Anioł, którego hebrajskie imię brzmi Abaddon, greckie Apollion, oznacza niszczyciela.”
W tradycji rosyjskiej imię to jest zwykle wiązane z opowiadaniem N.A. Polewoja pod tytułem “Abadonna” oraz z wierszem V.A. Zukowskiego pod tym samym tytułem.

Oto fragment “Mistrza i Małgorzaty” w przekładzie Ireny Lewandowskiej, w którym Abadonna po raz pierwszy pojawia się w opowieści:

“[…] – Mogę panią uspokoić. – Powiedział Woland – Abadonna jest wyjątkowo obiektywny i jednakowo współczuje obydwom walczącym stronom. Dzięki temu obie strony osiągają zawsze jednakowe wyniki. Abadonna! – niezbyt głośno zawołał Woland i natychmiast ze ściany wyłoniła się jakaś chuda postać w ciemnych okularach. Okulary te zrobiły na Małgorzacie tak wielkie wrażenie, że krzyknęła cichutko i wtuliła twarz w nogę Wolanda. – Niechże pani da spokój! – zawołał Woland. – Ach, jacy nerwowi są dzisiaj ludzie! – Z rozmachem klepnął Małgorzatę po plecach, aż zadźwięczało. – Przecież widzi pani, że on jest w okularach. Poza tym nigdy jeszcze się nie zdarzyło, i zresztą nigdy się nie zdarzy, żeby Abadonna ukazał się komukolwiek przedwcześnie. W końcu i ja tu jestem. Jest pani moim gościem! Po prostu chciałem go pani pokazać.
Abadonna stał bez ruchu.
– Czy on mógłby zdjąć na chwilę te okulary? – zapytała Małgorzata tuląc się do Wolanda i drżąc. Teraz jednak drżała już z ciekawości.
– Co to, to nie – z powagą odpowiedział Woland, skinął dłonią Abadonnie i ten zniknął. […]”

Fakt, iż przyjąłem imię Abadonny za swój pseudonim, jest ukłonem i wyrazem mojego szacunku dla autora książki, którą cenię sobie bardzo wysoko.

i na koniec fotograficznie…


Ze szczerymi wyrazami sympatii
Abadonna